Szewc bez butów chodzi, czyli jak dałam ciała

dyskusja Brak komentarzy

Internet jest pełen motywujących historii sukcesu, przemian, metamorfoz – wystarczy poscrollować (jest takie słowo?!) Instragram. Wiem, że dla niektórych jest to motywujące, dla mnie jednak nigdy nie było. Zwłaszcza, jeżeli ktoś dzieli się tylko efektem finalnym, nie pokazując drogi, którą przeszedł. A ta zazwyczaj jest wyboista, pełna chwil zwątpienia, małych sukcesów i porażek. Tymczasem jesteśmy w takim dziwnym miejscu, że pewna instagramerka (kolejne dziwne słowo 😉 ), która zdobyła popularność po swojej spektakularnej przemianie, przez rok nie przyznała się, że ponownie przytyła. Wyobrażasz to sobie? Przez rok dodawała archiwalne zdjęcia lub tak przerabiała aktualne, żeby nie było widać “odzyskanych” kilogramów. Kiedy sobie myślę o niej przez ten rok to robi mi się strasznie smutno. 

Na przekór propagandzie sukcesu

Być może zauważyłaś, że na swoich kanałach w social media nie wrzucam tego typu postów. Nie znajdziesz na nim metamorfoz moich klientek, ani zdjęć mojego mniej lub bardziej wysportowanego ciała w skąpym stroju. Tego typu treści jest sporo, więc jeżeli ktoś ich szuka i są mu pomocne, na pewno je znajdzie. Ja jednak nie chcę dokładać cegiełki do tej propagandy sukcesu. Dlatego dzisiaj chciałam się z tobą podzielić historią mojej małej porażki. Dobra, nazwijmy sprawy po imieniu – to był fuckup na całej linii. 

Jak się dzieje, to wszystko równocześnie

Listopad i grudzień były dla mnie w tym roku bardzo intensywne. Miałam bardzo dużo pracy. Ruszyła platforma treningowa online BOSKI plan dla mam, miałam sporo treningów personalnych i konsultacji, prowadziłam warsztaty i zaangażowałam się w kilka innych projektów, które światło dzienne ujrzą w przyszłym roku. Nie zrozum mnie źle, uwielbiam swoją pracę i jest dla mnie wspaniałą odskocznią od dzieci i obowiązków domowych. Ale chyba trochę przeceniłam swoje możliwości energetyczne i czasowe. Karolcia chodzi wprawdzie do przedszkola, ale Marcinek jest ze mną w domu, więc sama rozumiesz, że znalezienie czasu na pracę graniczy czasem z cudem.Równocześnie mój mąż miał w pracy dużo wyjazdów i rzadko bywał w domu. Czyli trzeba było ogarnąć ten bajzel samemu, na szczęście ze wsparciem ze strony dziadków. Do pełnego obrazu brakuje tylko przeziębienia (mojego i dzieci) i stanu zapalnego kolana. Jestem pewna, że też miewałaś takie intensywne okresy, albo możesz to sobie łatwo wyobrazić. Widzisz to? 

Jak sama się sabotowałam

Nie piszę ci o tym wszystkim, żeby się nad sobą użalać. Chociaż, to oczywiście też bywa pomocne. Wczoraj wieczorem byłam tak zmęczona, że autentycznie nie miałam siły ruszyć ręką ani nogą i to nie jest przesada. Przez ostatnie dwa tygodnie ciągnęłam na oparach. Byłam taka umęczona, że nawet nie myślałam o treningu, bo przecież nie mam siły. Nie gotowałam, żywiłam się głównie kawą, bułkami i czekoladą (i tym co przyniosła teściowa), bo przecież nie mam siły stać przy garach. Kiedy miałam chwilę czasu bezmyślnie przeglądałam Facebooka albo Instargram, bo przecież na nic innego nie mam siły. I dopiero dzisiaj, kiedy po raz pierwszy od dawna, zrobiłam krótki trening i poczułam się po nim po prostu cudownie, zdałam sobie sprawę co sama sobie zrobiłam.

Photo by Ashley Green on Unsplash

Byłam zmęczona i nie miałam energii, więc przestałam robić rzeczy, które mi dają siłę i energię. Za to marnowałam czas na czynności, które dodatkowo mnie jej pozbawiały, bo taki jest niestety efekt zbyt długiego przeglądania Fb i IG. No kompletnie bez sensu! Dobrze wiem, że aktywność fizyczna to dla mnie najlepszy sposób na podniesienie poziomu energii. Kiedy zwracam uwagę na to co ląduje na moim talerzu, jem dużo warzyw i unikam produktów przetworzonych czuję się po prostu lepiej. A jednak tak się zapętliłam w codziennej gonitwie, że o tym zapomniałam. Straciłam z oczu większy obraz i niestety poniosłam tego konsekwencje. Moje dzieci też, bo możesz sobie wyobrazić jak łatwo mnie wyprowadzić z równowagi kiedy jestem w takim stanie. 

Nawet starzy wyjadacze zaliczają wpadki

Jaki z tego wniosek dla ciebie? Może ta historia coś ci uzmysłowi, może nie, pojęcia nie mam. Ja chciałam ci tylko pokazać, że każda z nas ma gorsze momenty. Każda wypada ze swoich utartych ścieżek, nawet jeżeli jest pozornie mocno osadzona w swoich zdrowych nawykach. Dlatego warto się czasem zatrzymać, dać sobie chwilę oddechu. Nie zamierzam się teraz biczować, że “odpuściłam treningi”, po prostu wracam do regularnej aktywności. Bo wiem, że to jest dla mnie dobre. Tym co mnie motywuje do ćwiczeń nie jest efekt wizualny, który osiągnę, tylko to jak się czuję kiedy się regularnie ruszam. A czuję się świetnie. I mój mózg też działa lepiej, bo na najlepsze pomysły wpadam zazwyczaj podczas biegania albo pod prysznicem po treningu. Na przykład na pomysł tego tekstu wpadłam właśnie po, pierwszym od długiego czasu, treningu. Mam nadzieję, że znajdziesz w tej historii coś dla siebie.