Moja historia porodowa, czyli jak to było za drugim razem

dyskusja 7 komentarzy

Skandalicznie długa przerwa się zrobiła na blogu. A wszystko przez tego słodkiego chłopaka 🙂

Pomyślałam więc, że historia mojego drugiego porodu to dobry sposób na powrót do regularnego pisania. Zanim jednak opowiem jak na świat przyszedł Marcinek, krótka wycieczka w przeszłość – do mojego pierwszego porodu.

Mój pierwszy poród w telegraficznym skrócie

Karolinka urodziła się dość szybko – cały poród trwał około 4 godzin, a faza parcia raptem 15 minut. Niestety, wtedy wielu rzeczy jeszcze nie wiedziałam i, chociaż wspominam mój pierwszy poród dobrze, mam świadomość, że kilka rzeczy mogło się odbyć lepiej. Rodziłam w pozycji półleżącej, na łóżku, bardzo silnie prąc, miałam również nacięte krocze. Pewnie dlatego Karolcia pojawiła się na świecie tak szybko. Wtedy myślałam, że to super – krócej się męczyłam. Teraz wiem, że problemy z mięśniami dna miednicy i mięśniami brzucha, które się potem pojawiły były między innymi efektem takiego, a nie innego poprowadzenia drugiej fazy porodu.

Przygotowania do drugiego porodu

Za drugim razem byłam już lepiej przygotowana. Inaczej ćwiczyłam w czasie ciąży. Nastawiłam się na relaksację, zwłaszcza, że wiedziałam, że wchodzę w tę ciążę z nadmiernie napiętymi mięśniami dna miednicy. Robiłam dużo ćwiczeń oddechowych, rozluźniających, rozciągających i mobilizujących stawy biodrowe. Przez całą ciążę byłam też pod opieką fizjoterapeutki uroginekologicznej. Pod koniec ciąży robiłam ćwiczenia przygotowujące do porodu i wykonywałam masaż krocza.


Bardzo zależało mi jak na jak najbardziej naturalnym porodzie, najlepiej w pozycji wertykalnej, chętnie z parciem spontanicznym i w miarę możliwości z ochroną krocza. Zdecydowałam się więc na poród w Szpitalu Świętej Zofii, który słynie z takiego właśnie podejścia do porodów. Tym razem chciałam mieć również indywidualną opiekę położnej. Za pierwszym razem czułam się trochę porzucona, kiedy położna zaglądała do mnie dosłownie na chwilę i zaraz pędziła do kolejnej rodzącej. Dlatego teraz znalazłam położną, która ma doświadczenie w przyjmowaniu porodów naturalnych. Taką, która mnie poprowadzi, ale też da swobodę.
Jednym słowem starałam się jak najlepiej przygotować. Teraz zostało tylko czekać na sygnał od Marcinka, że jest gotowy.

Nerwowa końcówka ciąży

Nie wiem czy się ze mną zgodzicie, ale końcówka ciąży to wyjątkowo nerwowy czas. Czujesz się już zmęczona i ociężała. Cały czas wsłuchujesz się w sygnały ze swojego ciała zastanawiając się czy to już. U mnie dodatkowo dochodził stres organizacyjno – logistyczny. Nie wiedziałam, czy mój mąż będzie ze mną podczas porodu, bo ma bardzo nieregularną pracę i często wyjeżdża. Nie wiedziałam, kto będzie się mógł zająć Karolcią. Nie wiedziałam czy moja położna będzie miała wolne i czy będzie miejsce w szpitalu. Miałam już czarne wizje, że jadę na porodówkę taksówką z Karolcią i jestem odsyłana od jednego szpitala do drugiego. Na dodatek synek kazał na siebie długo czekać. Już dwa tygodnie przed terminem mój ginekolog powiedział, że mogę urodzić w każdej chwili, bo główka jest nisko, a szyjka macicy jest miękka i przepuszcza półtora palca. Cóż, termin nadszedł i minął, a tu ni widu ni słychu. Tydzień po terminie zaczęło się robić trochę nerwowo, ale ustaliłyśmy z moją położną, że dopóki KTG jest prawidłowe, i wszystko jest w porządku, poczekamy jeszcze 3 dni zanim zaczniemy myśleć o indukcji.

Ekspresowy finisz

8 dni po terminie byłam na kolejnym KTG i badaniu w szpitalu i już wracając do domu czułam, że w dole brzucha zaczyna się jakiś ruch. Po powrocie do domu wysłałam Karolcię z tatą na rower, a sama oglądałam sobie serial i liczyłam skurcze. Nie były jeszcze bardzo bolesne ani długie, ale dość regularne, więc kazałam mężowi wracać do domu i zadzwoniłam po babcię, która miała zostać z Karolcią.
O 19 skurcze były co jakieś 7 – 8 minut, ale ciągle do wytrzymania. Powiesiłam jeszcze pranie, przeczytałam Karolci książkę na dobranoc, o 21 zadzwoniłam kolejny raz do położnej i umówiłyśmy się w szpitalu za 45 minut. Przez cały czas bujałam się na piłce, oddychałam, tańczyłam, robiłam delikatne ruchy miednicą. Skurcze czułam już dość wyraźnie, ale byłam przekonana, że jeszcze to trochę potrwa. Pamiętam, że powiedziałam Maćkowi, żeby wziął sobie coś do picia i do jedzenia, bo pewnie przed nami jeszcze kilka godzin.
Okazało się, że bardzo się myliłam. Tuż przed wyjściem z domu odeszły mi wody i wtedy akcja nabrała tempa. Skurcze zrobiły się już bardzo silne i na tyle częste, że odpuściłam sobie zaznaczanie ich w aplikacji. Całe szczęście, że o tej porze miasto było puste, bo mało brakowało, a urodziłabym w samochodzie. Kiedy podjechaliśmy pod szpital miałam już pierwsze skurcze parte. Na izbę przyjęć weszłam o własnych siłach, ale zaraz miałam tak silny skurcz, że praktycznie rzucił mnie na krzesło.
Nagle wszystko bardzo przyspieszyło. Jak spod ziemi wyrosła moja położna, zbadała mnie, rzuciła tylko “8 centymetrów, wody czyste”, posadziła na wózek i pognałyśmy na porodówkę. Zdezorientowany Maciek biegł z nami z walizką, aż z wrażenia zgubił czapkę 🙂 Położna w windzie powtarzała tylko, żebym jeszcze nie parła, a ja posłusznie ziajałam, żeby powstrzymać tę ogromną siłę. Na sali porodowej zdążyła tylko zdjąć mi spódnicę i majtki, ja stanęłam oparta o łóżko i wreszcie mogłam poddać się energii, która przeze mnie przechodziła. Szyjka była już w pełni rozwarta, a skurcze tak silne, że ledwo mogłam ustać, tak dygotały mi nogi. Miałam ogromną potrzebę wypuszczenia z siebie tej mocy, więc przy każdym skurczu krzyczałam. Nawet nie wiedziałam, że potrafię tak głośno krzyczeć. Czułam wyraźnie, że ten krzyk połączony z wydechem, siła skurczu i siła grawitacji po prostu przesuwają dziecko w dół. Nie musiałam wkładać w to świadomej pracy, ani parcia. Czułam jak wszystko się otwiera, rozciąga, a mała, nie znosząca sprzeciwu główka po prostu schodzi w dół. Podczas pierwszego porodu miałam wrażenie, że wypycham Karolinę z siebie. Teraz było inaczej, tak jakbym pozwalała mu po prostu wyjść. I tak, 10 minut od wejścia na salę porodową i 15 minut od przybycia do szpitala, trzymałam w rękach mojego wspaniałego, idealnego syna.

Duma i siła – jak dobry poród daje kobiecie moc

Ten moment kiedy po raz pierwszy zobaczyłam i dotknęłam swoich dzieci, to dwie najbardziej niezwykłe chwile w moim życiu. Pamiętam je obydwie bardzo dokładnie i często do nich wracam. Przeżycie z jednej strony mistyczne, a z drugiej bardzo bardzo fizyczne. Za drugim razem miałam więcej czasu, żeby się tą chwilą na cieszyć. Marcinek leżał na moim brzuchu dopóki pępowina nie przestała tętnić, nikt go nie mierzył, ani nie ważył. On nie płakał, tylko na mnie patrzył. Chyba nikt nigdy tak na mnie nie patrzył. Nawet teraz kiedy to piszę jestem wzruszona.

I tak właśnie po raz drugi w moim życiu wydarzył się cud. Tym razem byłam do tego lepiej przygotowana i to przyniosło efekty, jak choćby brak nacięcia czy pęknięcia krocza. Oprócz tego, że w wyniku porodu na świecie pojawiły się moje dzieci, są to dla mnie ważne doświadczenia również z innego powodu. Za każdym razem wychodziłam ze szpitala z poczuciem mocy i dumy z siebie. Dokonałam czegoś niezwykłego, doszłam do granicy swoich możliwości, a potem jeszcze kilka kroków dalej i okazało się, że moje wspaniałe ciało może dużo więcej niż bym kiedykolwiek przypuszczała. Dla mnie poród to bardzo intensywne doświadczenie, które jest dla mnie źródłem siły i bardzo zmieniło moje patrzenie na wiele spraw, zwłaszcza tych związanych z ciałem i szeroko pojętą fizycznością.

Ale z porodem tak już jest, że nie da się wszystkiego zaplanować. Mój był bardzo szybki, co niekoniecznie jest łaskawe dla mięśni dna miednicy, więc przede mną jeszcze trochę pracy. W kwestii regeneracji poporodowej i szeroko rozumianego powrotu do formy też jestem mądrzejsza, ale o tym innym razem.