Naturalna pielęgnacja ciała w ciąży, po porodzie i nie tylko

dyskusja 4 komentarze

Kiedy przygotowywałam się do własnego porodu i połogu, szukałam informacji jak wspomóc swój organizm w procesie regeneracji. W kolejnych tekstach podzielę się z wami moimi odkryciami z zakresu odżywiania wspierającego proces gojenia i rekonwalescencji. Przy okazji zdałam sobie również sprawę, że ważne jest nie tylko wspomaganie organizmu, ale też nie utrudnianie mu naturalnych procesów leczenia. Czyli, między innymi, eliminacja lub maksymalne ograniczenie czynników prozaplanych i zanieczyszczających nasz organizm. Jak się okazuje, bardzo kiepską robotę, jeżeli chodzi o toksyfikację organizmu kobiety, robią kosmetyki. Bardzo często zawierają one substancje chemiczne, które nie są obojętne dla naszego organizmu, a które przez skórę bez przeszkód wnikają głębiej. W kontekście karmienia piersią jest to szczególnie niepokojące – część z tych składników przenika przecież z naszego krwioobiegu do mleka. Zdałam sobie sprawę, że nieświadomie przez lata podtruwałam własny organizm. Co więcej, zupełnie nie wiem w jaki sposób mogłabym zastąpić używane kosmetyki bardziej przyjaznymi dla organizmu odpowiednikami naturalnymi lub ekologicznymi. Temat wydał mi się na tyle ważny, że poprosiłam o pomoc Kamilę z Dobre Ciało, która, nie dość, że jest świetną specjalistką od mięśni dna miednicy, to zna się też na naturalnej pielęgnacji ciała. Kamila zaprosiła do współpracy Martę z Szmaragodwe Żuki, a w efekcie powstał bardzo ciekawy i przepełniony unikalną wiedzą artykuł na temat naturalnej pielęgnacji dla kobiet. Temat może nietypowy dla mojego bloga, ale mam nadzieję, że, podobnie jak ja, wyniesiecie z niego sporo przydatnych informacji. Ja już zaczęłam wdrażać je w życie, chociaż przyznaję, że małymi kroczkami, żeby się nie zniechęcić 🙂 Oddaję więc głos dziewczynom.

Kamila Dobre ciało

Dlaczego naturalne kosmetyki?

Na co dzień pracuję na macie, w kółko opowiadając o mięśniach dna miednicy, ale w zaciszu domowym zmieniam się w początkującą czarownicę, gdy przychodzi do pielęgnacji twarzy i ciała☺ Dlaczego?

  • bo jestem uczulona na większość składników kupnych kosmetyków
  • bo mam tak zaawansowaną nadwrażliwość na zapachy, że mąż konsultuje ze mną wybór własnych perfum, a wszelkie środki czystości muszę kupować i wąchać sama
  • bo nie ufam producentom kosmetyków drogeryjnych ani aptecznych (wśród tych drugich znajdą się jednak wyjątki, o czym dalej)
  • bo uważam, że jeśli chcę coś bezpiecznie wklepać w twarz, to powinnam też móc to bezpiecznie zjeść 😉
  • bo lubię uczucie satysfakcji gdy uda mi się w 3 minuty „ukręcić” coś z niczego i okazuje się, że działa
  • bo chcę swoimi pieniędzmi wspierać marki, którym ufam, które działają etycznie i słuchają swoich klientek

Kasia poprosiła mnie o krótki zestaw moich must-have dla kobiet w ciąży i młodych mam. Ma być zdrowo, bezpiecznie, nie za drogo, niezbyt czasochłonnie oraz z gwarancją wcześniejszego przetestowania na sobie. Poniżej moje typy, a dalej znajdziecie też porady i propozycje Marty ze Szmaragdowych Żuków, której ufam bezgranicznie i stawiam wciąż nowe wyzwania swoją kapryśną skórą 😉

Włosy, czyli mniej znaczy więcej

Mój ulubiony szampon to ten z Biochemia Urody – szampon bazowy EKO. Jedyna wada – mała pojemność. Gdy dwie dorosłe osoby myją się nim od stóp do głów, znika błyskawicznie, a niestety póki co nie chcą robić większych pojemności. Lubię też produkty do mycia polskiej marki YOPE za skład, zapachy, wygląd, etykę produkcji i przystępne ceny (od niedawna dostępne w Rossmann!).

Nie stosuję żadnych odżywek, bo nie umiem i nie lubię. Za to wcierki w skalp jak najbardziej. Choć „wcierka” to być może za dużo powiedziane, bo zwykle kończy się na occie jabłkowym wymieszanym z wodą w proporcji 1:1. Zapach z włosów szybko się ulatnia, zostawiając je błyszczące, a skóra odzyskuje kwaśny odczyn!

Pielęgnacja twarzy

Nie maluję się nadmiernie, to i nie muszę się nadmiernie myć 😉 zwłaszcza, że każdy, nawet najdelikatniejszy detergent do twarzy mnie uczulał i wysuszał skórę. Odkąd myję twarz samą rękawicą GLOV on-the-go i czystą wodą (oligocen) jestem zachwycona! Przeszły mi wszelkie problemy z cerą, skóra jest czysta, a pory odblokowane. Rękawica starcza na około kwartał. Jedyny minus to fakt, że jest to poliester, czyli nie rozkłada się. Jednak dzięki temu, że nie stosuję żadnych detergentów, nie produkuję plastikowych opakowań po żelach do twarzy. Wierzę, że w ten sposób ekologiczny rachunek wyrównuje się ☺

Nie wyobrażam sobie życia bez toniku lub jego odpowiednika. Najbardziej wszechstronnym „kosmetykiem” jest z pewnością srebro koloidalne niejonowe dostępne w sklepach zielarskich. Stosuję jako tonik, płyn do płukania ust, do przemywania ran i oparzeń, a nawet jako środek pierwszej pomocy gdy koty mają zapalenie spojówek! Nie wysusza, za to zwalcza bakterie, wirusy i grzyby.
Jedyne, co detronizuje srebro jako tonik to delikatny ocet jabłkowy roboty mojej teściowej, który z lodówki natychmiast ląduje na mojej twarzy. Przywraca skórze kwaśny odczyn, rozjaśnia cerę, zwęża pory, odświeża i działa cuda na wszelkie „swędzaki”.
I wszystko jedno, czy wyskoczy mi wysypka bo zjem pszenicę, czy ugryzie mnie komar – wszystko, co czerwone i swędzi goi się błyskawicznie w kontakcie z octem. Jeśli akurat nie mam tego domowej roboty, kupuję ekologiczny ocet jabłkowy w Rossmann i rozcieńczam do wodą w proporcji 1:1.

ocet jabłkowy
Zdjęcie: Kamila_Dobre Ciało

 

Z kupnych toników jedyny, niezastąpiony, najlepszy pod względem składu, zapachu i działania jest tonik ziołowy produkcji Bartka i Marty z Jan Barba Natura. Pryskam się nim cała – twarz, włosy, dekolt, używam jako dezodorant, tonik oraz mgiełkę do twarzy i ciała. Jeśli lubisz ziołowe zapachy, to pokochasz ten produkt. Jeśli nie wiesz czy lubisz, to możesz kupić tonik w wersji mini i sprawdzić. Uwielbiam ich za to, że pamiętają moje preferencje i wiedzą jaki mam typ skóry, nie stosują żadnej chemii, konserwantów, ani półproduktów pochodzenia zwierzęcego. Działają zgodnie w zasadą ‚zero waste’, czyli za odesłanie im szklanych opakowań po zużytych kosmetykach dostaje się zniżkę na kolejne! Dla mnie bomba!

tonik ziołowy jan barbara natura
Zdjęcie: Kamila_Dobre Ciało

 

Krem do twarzy to dla mnie temat drażliwy. To znaczy, że do niedawna nie było takiego produktu, który by mnie albo nie uczulił, albo nie zatkał porów. Nie ulegam presji posiadania innego kremu na dzień, innego na noc, innego pod oczy, innego na lato, a innego na zimę. Chciałabym po prostu mieć jeden dobry krem. I tu również ratuje mnie marka Jan Barba Natura! Wybór ich produktów do nawilżania skóry jest spory – niech każda z Was wybierze podług własnych preferencji. Zdradzę tylko, że ja najbardziej polubiłam GEL oraz B KREM. Oba były strzałem w dziesiątkę! Mogłabym smarować się tym od stop do głowy patrząc tylko z radością jak moja skóra pięknieje z dnia na dzień (serio!).

Zdjęcie: Kamila_Dobre Ciało

 

Od święta – maseczka! I to będzie ten jedyny produkt apteczny, który stosuję. Globulki dopochwowe z drobnocząsteczkowym kwasem hialuronowym. Tak jest, stosuję je na twarz, bo skoro są tak delikatne, że można ich użyć dopochwowo, to tym bardziej można je wsmarować w buzię i dekolt oraz zostawić na noc. Cenię sobie też glinkę kaolinową rozrobioną z wodą i ewentualnie kroplą (dosłownie jedną) olejku z oregano. Szczypie jak diabli, ale skóra jest napięta i oczyszczona, że hej!

Przez cały rok używam do twarzy kremu z wysokim filtrem przeciwsłonecznym i tylko mineralnym (tak, pozostawia białą maskę, ale absolutnie mi to nie przeszkadza). Wersja tania – Linomag Sun (bardzo trudno go dostać niestety), wersja droga duńska Derma Sun. Za to bardzo bardzo wydajny.

Makijaż? Nie przepadam, choć wiem, że wyglądam w nim przystępniej 😉 Brwi i rzęsy robię henną od święta. Na usta i policzki stosuję 1 produkt – szminkę albo Benecos albo Felicea. Pewnie domyślacie się jakim kluczem kierowałam się wybierając „kolorówkę” – jest Eko i bez chemii.

Pielęgnacja ciała

Pewnie nie zaskoczę Was, gdy powiem, że nie lubię detergentów, bo wysuszają mi skórę (głównie na łydkach), drażnią zapachem i chemicznym składem. Nie lubię wydawać kasy na kolejne płyny, pianki, balsamy etc. Poranna toaleta to w moim wykonaniu szczotkowanie całego ciała na sucho. Uwielbiam tę czynność! Martwy naskórek lata w powietrzu, skóra robi się różowa i ukrwiona, ciało dostaje pobudzający masaż. Rewelacja! i spłukuję się chłodną/zimną wodą. Zero mydła, zero chemii. Przecież (jak to mawia moja babcia, wybaczcie) z gó***nem się w nocy nie biłam 😉 więc wychodzę z założenia, że nie ma powodu żebym rano, po wstaniu z łóżka, miała stosować jakikolwiek detergent. Zimna woda wystarczy. Wieczorem używam mydła YOPE lub innego bez SLS.

Zdjęcie: Kamila_Dobre Ciało

 

Jeśli sucha szczota to mój peeling, to bańka chińska to moje SPA i masaż w jednym. Kiedy tylko mam czas i chęć na odrobinę bólu, masuję uda, pośladki i brzuch plastikową bańką chińską w połączeniu z maceratem z morszczynu pęcherzykowatego znanego ze swoich ujędrniających i antycellulitowych właściwości. Nie oszukujmy się – bańka boli i zostawia siniaki, ale słyszałam, że naprawdę może pomóc przywrócić skórze brzucha jędrność po ciąży! Nie można jej jednak stosować w czasie połogu i bezpośrednio po nim, kiedy skóra jest jeszcze zbyt delikatna na takie zabiegi. Nie zaleca się również stosowania bańki chińskiej na brzuch przy rozejściu mięśni brzucha.

Raczej nie kupuję balsamów. Jedynym wyjątkiem jest masło do ciała z serii Hemp z The Body Shop. Uwielbiam całą tę linię i marzę o tym, żeby wprowadzili perfumy. Ponoć jestem jedną z bardzo nielicznych osób, którym podoba się ten ziemisty, „mokry” zapach).
Balsamy dostaję od Marty ze Szmaragdowe Żuki za co jestem jej wdzięczna, bo dziewczyna wie co robi! Wszystko produkuje sama z naturalnych, lokalnych półproduktów. Zero chemii, barwników, sztucznych zapachów itp., za to masa cierpliwości, uważności i otwartości na potrzeby klientów. Żukowe masło na zimę jest jak opatrunek dla skóry, a skład ma taki, że można go śmiało zjeść (i w sumie co wieczór się to dzieje, bo z niewiadomych przyczyn moje kocice uwielbiają mnie wylizywać gdy jestem posmarowana balsamem od Marty).

Zdjęcie: Szmaragdowe Żuki

Ekologiczna chemia gospodarcza

W domu chcę być konsekwentna, więc wybieram chemię gospodarczą, w miarę możliwości, bez chemii. Chcę też wyrzucać jak najmniej plastiku, więc szukam czegoś w opcji ‚zero waste’. Czy jest łatwo? Nie. Czy da się? TAK. Poznajcie Emilię i jej produkty w szklanych słoikach, które możecie ponownie użyć lub je zwrócić. A uniwersalny płyn do mycia uratował mi ciuchy, które swego czasu źle wyschły i śmierdziały starą szmatą. Na bank to znacie i wiecie, że trudno doprać takie rzeczy. Zaryzykowałam i przed „praniem ostatniej szansy” wymoczyłam je w wodzie z dodatkiem płynu do sprzątania. Efekt? Ciuchy uratowane, ciemne kolory nietknięte (bałam się wpływu sody na kolor, ale niepotrzebnie). Dla mnie bomba, mam nadzieję, że Emilia będzie się rozwijać i wprowadzi kostki do zmywarki (błagam!)

Zdjęcie: Kamila_Dobre Ciało

Dla zainteresowanych tematem – gdzie szukać informacji

Na koniec chcę się z Wami podzielić ważną dla mnie lekturą na temat pielęgnacji – „Skóra. Fascynująca historia” – otworzyła mi oczy na wiele rzeczy, obaliła szereg popularnych mitów i zachęciła do eksperymentu pt. mycie okolic intymnych samą wodą (zero płynów do higieny intymnej). Zanim się przerazicie, sięgnijcie proszę po tę publikację. A poniżej bardzo ważny cytat z niej dotyczący olejów, na które cały czas przeżywamy boom, a którymi większość mam smaruje również noworodki!

Wciąż wysłuchuję ochów i achów od pacjentów, którzy właśnie odkryli najlepszy kosmetyk świata: oliwę, olejek kminkowy, olej migdałowy albo jeszcze inny (…) Po raz kolejny muszę niestety wystąpić w roli marudnej popsuj zabawy. Olej to cenny tłuszcz, ale w płynie, a ta postać nie oddziałuje dobrze na stan skóry. Płynna konsystencja sprawia bowiem, że jest on bardzo silnym środkiem usuwającym zabrudzenia (…) Dlatego jako kosmetyk pielęgnacyjny jest absolutnie niewskazany, wiążę się on bowiem z cennymi lipidami zawartymi w naskórku i po prostu je z niego wypłukuje.
Przyszłe mamy chętnie namaszczają rozmaitymi olejkami brzuch, a nawet całe ciał, ale uwaga! Efektem może być suchy wyprysk, bo skóra mimo regularnego wcierania tłuszczów staje się coraz bardziej sucha (…) Olejkami i oliwkami z lubością nacierane są też niemowlęta – a to już naprawdę okaleczanie ich ciała (choć przecież nieumyślne), bo u maleńkich dzieci bardzo łatwo dochodzi do przesuszenia skóry. Niestety wciąż jeszcze można spotkać położne, które twardo zalecają smarowanie dziecięcej skóry oliwką (…)
Dlatego, jeśli pragniemy przywrócić przesuszonej skórze odpowiedni poziom natłuszczeni, bezpieczniej będzie sięgnąć po tłuste krem, maści albo lipo balsamy, do których często dodaje się jeszcze mocznik.

Źródło: Skóra, fascynująca historia, Dr med. Yael Adler, str. 221-223.

 

 

Marta Szmaragdowe Żuki

Co się kryje w sklepowych kosmetykach

Niezmiernie się cieszę, że rośnie nasza świadomość, że stajemy się uważnymi konsumentami. Mnie do tej świadomości pchnęła konieczność zmiany sposobu odżywiania, za którą przyszła fascynacja ziołami, a stąd już maleńki kroczek do kosmetyków. Wiadomo, że to, co aplikujemy na skórę, nie pozostaje bez wpływu na nasz cały organizm. Jeśli uważamy na to, co jemy, unikając chemii i pestycydów, to dlaczego smarujemy się pochodnymi ropy naftowej, silikonami, sztucznymi tworami, których istnienie i działanie znane jest od zaledwie kilkunastu/kilkudziesięciu lat?

Głęboko wierzę w cudowną moc natury, w działanie roślin (znane już wszak od kilku tysięcy lat!). Nasze babki i prababki, a także ich dalsze przodkinie stosowały tylko naturalne produkty, oleje, napary, wywary. Wszystkie te cuda natury wymagają jednak systematyki i cierpliwości. My natomiast biegnąc w nieustającym pędzie oczekujemy natychmiastowych efektów i dajemy się karmić ułudzie (bo ułudą jest przykładowo dogłębne nawilżenie skóry w 5 sekund po aplikacji topowego kremu z kosmicznie brzmiącym składem).

Czytając składy nie mamy jednak pojęcia o tym, w jakich proporcjach dane składniki zostały wprowadzone do formulacji. Owszem, wiemy którego jest najwięcej, a którego najmniej (skład INCI przedstawiany jest zawsze w kolejności od najliczniejszego składnika do najmniej licznego). Mając dostęp do wiedzy tajemnej, czyli receptur, okazuje się, że wsmarowujemy w siebie wodę i to słono za nią płacąc. Średnia ilość wody w komercyjnych produktach kosmetycznych waha się pomiędzy 85% a 75%! Pozostałe 15-25% to wszelkie inne składniki, zarówno te szkodliwe, jak i te wartościowe, które według zapewnień producenta mają działać cuda… W buteleczce 30 ml kremu mamy więc ok 6 ml emulgatorów, konserwantów, silikonów, polepszaczy poślizgu, zagęstników i gdzieś miedzy tym wszystkim kryje się cudowny kompleks witamin, wyciągi ziołowe, koenzym Q10, kwas hialuronowy (który nota bene nie działa wewnątrz skóry, bo nawet ten nanocząsteczkowy posiada cząsteczki większe niż mogłaby je przepuścić skóra, a więc zatrzymuje się na jej powierzchni). Witamina B3 to chyba jedna z niewielu, która naprawdę działa dodana do kremów. Działa przeciwzmarszczkowo, reguluje nawilżenie i złuszczanie się skóry, rozjaśnia przebarwienia, ogranicza wydzielanie sebum i eliminuje stany zapalne. Witamina E ma działanie raczej zapobiegające jełczeniu tłuszczów, witamina C błyskawicznie się utlenia i tyle ją widzieli. Doceniam retinol, witaminę A – ta potrafi faktycznie wnikać w głąb skóry. No i prowitaminę B5 – łagodzi podrażnienia.

Warto zaufać naturze

Zdjęcie: Szmaragdowe Żuki

 

Odkąd zmieniłam kosmetyki na w pełni naturalne, skóra mnie zadziwia… Skończyły się problemy z krostkami, suchością, czerwienieniem się. Nie stało się to, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nie. Skóra potrzebuje czasu, aby się przestawić na inną pielęgnację, przyzwyczaić, oczyścić z zaszłości. Warto jednak poszukać kosmetyków stworzonych z naturalnych, najlepiej organicznych surowców, maksymalnie wykorzystujących siłę roślin. Różnicę odczuje nie tylko nasza skóra, ale z czasem też cały organizm.

I co sądzicie? Przyznam się, że ja do tej pory traktowałam temat trochę po macoszemu. Z jednej strony odstraszała mnie cena kosmetyków ekologicznych, która niestety jest często wyższa niż tych dostępnych na sklepowych półkach. Z drugiej strony, przeszkodą było chyba moje lenistwo. Zamiast pójść do Rossmana, musiałabym poszukać, popytać, dopasować do siebie, pewnie zamówić prze internet. Same wiecie, że czasu ledwo starcza na cokolwiek jak się ma małe dzieci, więc siłą rzeczy eliminuje się to, co nie wydaje się niezbędne. Ale przemawia do mnie argument, że skoro dbam o siebie przez ćwiczenia i dietę, to bez sensu jest sabotowanie własnego organizmu w postaci toksycznych składników dostarczanych przez skórę. A, że odczułam ostatnio bardzo wyraźnie jak zbawienny wpływ na mój organizm ma czysta, zrównoważona dieta, myślę, że warto podejść do tematu bardziej kompleksowo. Bardzo jestem ciekawa waszej opinii. Ja w każdym razie zamierzam sprawdzić niektóre z polecanych przez dziewczyny produktów.

 

  • KInga

    Świetny artykuł, co za odkrycia! Marki zero waste 😀 cudownie, dziękuję!

    • Ja też odkryłam wiele rzeczy, część kosmetyków już wymieniłam 🙂

  • Madzia09

    Mało kobiet pamięta o pielęgnacji po porodzie, ja sama też zaraz po tym jak doszłam do siebie wpadłam w wir obowiązków. Dbałam bardzo o gojenie po porodzie – używałam emulsji mucovaginu cały czas ( i do dziś używam przy infekcjach na przykład, fajnie się sprawdza). Ale już na maseczki, pielęgnację włosów itd czasu mi brakowało! Teraz wszystko już na szczęście wraca do normy.

    • Znam to, czasem nawet mi brakuje czasu na umycie zębów 😉 Ale jeszcze przed porodem zrobiłam czystkę w moich kosmetykach i chemii gospodarczej, więc przynajmniej wiem, że się nie truję 🙂