Moje lato w ruchu – jak ćwiczyć w wakacje (z dziećmi)

dyskusja Brak komentarzy

Trochę się obawiałam tych wakacji. Karolci przedszkole nie pracuje, więc miałam przed sobą wizję dwóch miesięcy z dwójką dzieci w domu. Samo w sobie nie jest to jeszcze takie straszne, ale już próba połączenia opieki nad dwójką i pracy, w większości z domu, jest pewnym wyzwaniem. Jak tu jeszcze znaleźć czas na ćwiczenia?
Między innymi dlatego (ale również z powodu zmęczenia i konieczności ułożenia sobie w głowie kilku spraw) postanowiłam odpuścić trochę pracę w te wakacje. Mój, zazwyczaj bardzo zapracowany mąż, też miał w lipcu sporo wolnego, więc zdecydowaliśmy się spędzić ten miesiąc tak bardzo na łonie natury jak się da. I to był wspaniały pomysł, który wpłynął pozytywnie na nas wszystkich. Ale nie o tym tutaj chciałam. Dzisiaj chcę wam pokazać jak ten miesiąc wyglądał u mnie pod kątem ruchowym. 

Treningi

Większość czasu w lipcu spędziliśmy w lesie albo nad wodą. Byliśmy nad morzem, na Mazurach, a pomiędzy wyjazdami, na działce albo na wsi u rodziców. Na szczęście obydwoje pracujemy w niestandardowych godzinach, więc mogliśmy sobie na to pozwolić. Minusem (a może plusem, sama już nie wiem) było to, że wyparowała nawet ta odrobina rutyny, którą do tej pory udało mi się wypracować i cieżko było coś z wyprzedzeniem zaplanować. Wszystko to sprawiło, że typowych treningów zrobiłam w lipcu raptem kilka. Na szczęście moja praca polega między innymi na ćwiczeniu, czy to podczas treningów personalnych, czy podczas nagrywania treningów na platformę BOSKI plan dla mam. Na szczęście mogę to robić wszędzie, więc mój plan zdjęciowy wygląda ostatnio tak:

 
Jednak, pomimo tego, że niewiele trenowałam, to ruszałam się całkiem sporo i to zazwyczaj w naturze. Jeżeli teraz robisz duże oczy i nie bardzo rozumiesz różnicę między ruchem a treningiem, to odsyłam się do tego tekstu. I jeszcze do tego.  
 
To jak konkretnie wyglądał ten mój wakacyjny ruch? 

Przemieszczanie siłą własnych mięśni

 
Kiedy tylko mogłam chodziłam na piechotę. Trochę pobiegałam, ale tak zupełnie niezobowiązująco, bez mierzenia dystansu, tempa i tętna. Mój mąż się śmieje, że w dobie Endomondo to się nie liczy, ale mi ostatnio największą przyjemność sprawia takie luźne bieganie. 
Dużo jeździmy na rowerach. Do pracy jeżdżę rowerem. Coraz częściej udaje nam się pojechać na rodzinną wycieczkę rowerową – Karola pokonuje na swoim rowerku coraz dłuższe dystanse. Wiadomo, że jeździmy wtedy wolniej, wszystko trwa dłużej i co chwila trzeba się zatrzymać na przekąskę. Ale cieszy mnie jak mało co, że Karolcia staje się pełnoprawnym uczestnikiem naszych aktywności. 
 

Letnie dyscypliny

 
Zdecydowanie nie jestem stworzeniem wodnym. Umiem pływać, ale nie czuję się zbyt dobrze w wodzie, zwłaszcza w otwartych zbiornikach, szczególnie kiedy “nie mam dna”. Dlatego nie uprawiam sportów wodnych. Probowałam kitesurfingu i windsurfingu, ale się nie przekonałam. Jest jednak coś co uwielbiam – SUP, czyli Stand Alone Paddle. To taka deska, która wygląda trochę jak duża deska do windsurfingu, i wiosło. Stoisz na desce, odpychasz się wiosłem i już. Deska jest dość stabilna, ale żeby utrzymać się na niej, przemieszczać się w obranym kierunku, pokonać wiatr i ewentualne fale, trochę trzeba się wysilić. Mięśnie głębokie pięknie pracują, równowaga i stabilizacja są ćwiczone niejako przy okazji. SUP świetnie nadaje się do “wodnych spacerów” – pływanie po mazurskich jeziorach to po prostu bajka. Czasem kiedy mam ochotę na większe wyzwanie zatrzymuję się na chwilę i trochę ćwiczę – przysiady, wykroki, podpory – tu już można się porządnie zmęczyć i trzeba trochę powalczyć, żeby utrzymać równowagę. Raz byłam nawet na jodze na SUPie (na Wiśle) i też było super. A do tego jest to świetna zabawa dla całej rodziny. Karolcia, lat 5, całkiem już sobie dobrze radzi, chociaż na głębszą wodę jej na razie nie wypuszczamy. Można też dziecko posadzić z przodu i popłynąć na dłuższą wycieczkę. Jednym słowem – polecam ci bardzo. Coraz częściej można znaleźć SUP w wypożyczalniach sprzętu wodnego, a jak się zachwycicie tak jak my, to polecam wersję pompowaną. My bierzemy ze sobą na każdy wypad nad wodę. 
Nasz drugi wodny must have to trochę mniejsza deska – skimboard. Tutaj, oprócz równowagi, pracujemy trochę nad cardio. Skima rzuca się na płytką wodę, a następnie wskakuje się na niego i wykonuje popisowy ślizg. No chyba, że dopiero się uczysz i wykonujesz popisowe chlupnięcie tyłkiem do wody 🙂 Brzmi może niepozornie, ale jest bardzo przyjemne i daje dużo radości. A po 20 minutach ze skimem byłam mokrusieńka od potu. 

Ruch liczony na minuty

 
Jakiś czas temu przeczytałam na fanpage’u Motivity świetny tekst o tym, żeby liczyć ruch na minuty, a nie na godziny. W skrócie, chodziło o to, żeby nie fiksować się na zrobieniu jednego długiego treningu, ale starać się uszczknąć jak najwięcej mini ruchowych przekąsek w ciągu dnia. Bo takie mikro ruchy sumują się na koniec dnia i dają dużo lepszy efekt niż jeden porządny trening, przed i po którym spędzamy czas w pozycji siedzącej. I taką właśnie minutową strategię przyjęłam w te wakacje. 
 
Idę z dziećmi na plac zabaw? Kiedy oni się bawią wykorzystuję chwilę, żeby trochę pobalansować. 
 
 
Ciągłe “Mama buju buju” na działce trochę mnie kiedyś denerwowało, dopóki nie wpadłam na pomysł, że pomiędzy bujnięciami mogę sobie trochę powisieć. 
Karolina zapałała w tym roku miłością do parków linowych, nad morzem byliśmy tam codziennie. Chyba nie muszę mówić, że ja też korzystałam?
 
park linowy
 
A kiedy tylko mogę wymyślam dla dzieciaków ruchowe zabawy, które dają nam tyle radości, że naprawdę trudno nazwać je treningiem, ale przysięgam, że można się zmęczyć. 
Ostatnio ścigaliśmy się na dystansie od misia do misia za każdym razem wymyślając inny sposób poruszania. Karolina oszukiwała 😉
A potem bawiliśmy się kamieniami. Każdy miał kamień w swoim rozmiarze. Niektóre ćwiczenia wymyślała Karolcia, niektóre ja. 
Jednym słowem, było i cardio i trening siłowy 🙂 
 

I tak to się właśnie toczy od półtora miesiąca. Muszę ci powiedzieć, że czuję się naprawdę fajnie, nie zauważyłam żadnego spadku formy ani zwyżki wagi. Pewnie we wrześniu wrócę do regularnych treningów, zwłaszcza, że ruszam znowu z regularnymi transmisjami z treningami w mojej grupie na Facebooku Mamo, trenuj ciało, żeby działało. Mam jednak nadzieję, że uda mi się utrzymać to wysokie nasycenie mojego życia ruchem. Bo, jak napisała jedna z kursantek o BOSKIM planie dla mam, „dużo nie ćwiczę, a czuję się znacznie lepiej. Ale zawsze tak jest, jak się robi rzeczy właściwe.” 

Bardzo jestem ciekawa jak wyglądają twoje wakacje pod względem ruchowym. To u ciebie raczej czas rozprężenia i słodkiego leniuchowania, czy wręcz przeciwnie, lato motywuje cię do regularnej aktywności? A może i ty przekonałaś się do ruchu naturalnego? 

 
 

Leave a Reply